Czy konstrukcja wieży widokowej może zachwycać sama w sobie, zanim jeszcze spojrzy się na widoki z góry? W saksońskim Löbau, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od polskiej granicy, na wzgórzu Löbauer Berg stoi wieża, która udowadnia, że jest to możliwe. Żeliwna König-Friedrich-August-Turm uchodzi za najstarszą taką wieżę widokową w Europie i jest po prostu cudna – ażurowa, koronkowa, no nie da się jej nie podziwiać 😍.
I to właśnie ta wieża była głównym celem naszej wycieczki, choć nie jedynym ciekawym punktem na trasie. Po drodze trafiliśmy jeszcze na drugą wieżę widokową – na Rotstein. Ta z kolei, była chyba najbrzydszą wieżą, jaką widzieliśmy 😉, ale za to z całkiem przyjemnym widokiem na okolicę.
Mapa z trasą wycieczki
Kierunek: wieża widokowa Rotstein
Zostawiliśmy za sobą Zoblitz i ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę wieży na Rotstein. Początek trasy to spokojny spacer asfaltem, lekko pod górę, ale bez większego wysiłku. Sielanka skończyła się w momencie wejścia do lasu – tam szlak zrobił się konkretniejszy. Rano nie było zbyt ciepło – czapki i rękawiczki zdecydowanie się przydały, ale wystarczyło kilka minut marszu i podejście skutecznie nas rozgrzało.
A tu pierwsze oznaki tego, że wiosna jednak zamierza się w tym roku pojawić – bazie, przebiśniegi i przylaszczki, coś tam się powoli budziło do życia 😉:
Najedzeni ruszyliśmy dalej – trasa na Rotstein prowadziła nas zielonym szlakiem, konkretnie pod górę.
Wieża widokowa Rotstein
W końcu dotarliśmy do wieży widokowej na Rotstein (455 m n.p.m.). No cóż – nie będę owijać w bawełnę 😉 – to zdecydowanie nie jest najpiękniejsza konstrukcja, jaką widzieliśmy. Ja uważam, że jest po prostu brzydka, a Blaru i Piotrek, że jest jakaś „dziwaka”.
Wieża powstała w 2000 roku, ma około 21 metrów wysokości i prowadzi na nią 101 schodów. Konstrukcja jest metalowa i dość „lekka w odbiorze” – na tyle, że podczas wchodzenia i na górze czuć kołysanie. Jeśli ktoś nie przepada za wysokościami albo nie lubi takich atrakcji, to raczej nie polecam 😉.

Tuż przy wieży działa górski hotel – Berghotel Rotstein, istniejący tu już od XIX wieku. I w sumie… pomysł na weekend w takim miejscu brzmi całkiem dobrze 😉.
Szczyt Rotstein (455 m n.p.m.) – trochę więcej niż sama wieża
Wieża widokowa nie stoi dokładnie na najwyższym punkcie Rotstein. Ten znajduje się kawałek dalej i jest dość niepozorny. Prowadzi na niego krótka ścieżka, a po drodze jest kilka tablic edukacyjnych, z ciekawostkami przyrodniczymi. Tablice są po niemiecku i czesku, ale coś tam zrozumieliśmy, a czego nie zrozumieliśmy, to sobie dopowiedzieliśmy 😉.
Rotstein to wygasły wulkan i część najstarszego rezerwatu przyrody w Saksonii, utworzonego już w 1912 roku. Roślinność jest naprawdę zróżnicowana, ale my trafiliśmy tu początkiem marca, więc póki co królowały przebiśniegi. Jednak na tym niewielkim obszarze rośnie ponad 500 gatunków roślin. Można tu spotkać m.in. rzadką lilię złotogłów, a także wiele innych ciekawych gatunków, jak zawilec, leśne przylaszczki czy dzikie storczyki. Są też rośliny, które wyglądają bardzo ładnie i niewinnie, ale zdecydowanie nie nadają się do testowania – np. cis pospolity, którego nasiona są silnie trujące.
Na szczycie znajduje się tzw. obelisk triangulacyjny, czyli dawny punkt pomiarowy. W XIX wieku takie miejsca wykorzystywano do tworzenia map.
A gdy zeszliśmy jeszcze kawałeczek w dół, załapaliśmy się na kolejny, całkiem przyjemny widoczek:
Po krótkim spacerze na szczyt wróciliśmy w okolice wieży. Przybiliśmy sobie jeszcze pieczątki na łapki i mogliśmy ruszać w dalszą trasę 😉.
Wędrujemy, wędrujemy
Ze szczytu schodziliśmy przez las, podążając niebiesko-czerwonym szlakiem.
Trasa była całkiem przyjemna i po około 20 minutach dotarliśmy do wiaty – solidnej, ale nie skusiliśmy się na postój. Naszą uwagę zwróciła natomiast budka dla ptaków, której lokator postanowił zignorować jej klasyczne przeznaczenie i ... zbudował sobie gniazdo na dachu, zamiast zamieszkać w środku 😉. Kreatywność godna podziwu.
Po jakimś czasie las zaczął się przerzedzać, aż w końcu pojawiły się pierwsze zabudowania – to Wendisch-Cunnersdorf.
W samej wsi nie działo się nic spektakularnego 😉 – cisza, spokój, zadbane, kolorowe domki. Przy drodze spotkaliśmy takie sympatyczne figurki kotków. Z daleka wyglądają jak prawdziwe, zwłaszcza ich błyszczące zielone oczy.
Dalej szliśmy kawałek asfaltem, aż do kolejnej miejscowości – Wendisch-Paulsdorf.
Do Löbauer Berg było już coraz bliżej, choć po drodze co chwilę uwagę przyciągała jeszcze inna, charakterystyczna góra – Schafberg. Raz trochę znikała, raz znowu pojawiała się przed nami, a na jej szczycie widać było wieżę… ale i tym razem to nie punkt widokowy, tylko 160-metrowy (!) przekaźnik.
W miejscowości mijaliśmy świątecznie przystrojone domy – wielkanocny klimat widać było tu na każdym kroku. Zajączki, króliczki, drzewka ozdobione kolorowymi jajkami – wszystko wyglądało bardzo ładnie i tak wiosennie. Trochę zapomniałam o zdjęciach 😉.
Kierunek Löbauer Berg
Za wsią skręciliśmy na szlak prowadzący na Löbauer Berg, który łączy się też ze szlakiem konnym i faktycznie, po drodze spotkaliśmy dziewczyny na koniach.
Niestety ten odcinek trasy nie należał do najprzyjemniejszych. Nie chodzi nawet o jego trudność, tylko o to, jak wyglądał teren po wycince. Sporo śladów po ciężkim sprzęcie, rozjeżdżona droga i jakoś mało drzew w lesie… No cóż, szkoda, bo naprawdę źle się na to patrzy.
Na szczęście między tym wszystkim pojawiły się i takie ładne kwiatuszki.
Podejście na górę zrobiło się bardziej strome, a końcówka ze schodami, dała nam już solidnie poczuć, że wchodzimy na szczyt.
Wieża widokowa na Löbauer Berg
I w końcu, po tym mniej urokliwym etapie, pojawia się ona – żeliwna wieża na Löbauer Berg 😍.
König-Friedrich-August-Turm powstała w 1854 roku i do dziś pozostaje czymś absolutnie wyjątkowym – to jedyna taka żeliwna wieża w Europie i najprawdopodobniej najstarsza na świecie. A jej historia jest co najmniej tak ciekawa, jak jej wygląd.
Pomysł budowy wieży krążył po Löbau już od jakiegoś czasu, ale kiedy przyszło do konkretów i wyliczeń kosztów, okazało się, że są one dla miasta po prostu zbyt wysokie. Wtedy pojawił się lokalny mistrz piekarski – Friedrich August Bretschneider, który postanowił sfinansować całą inwestycję. Oczywiście nie za nic – w zamian za to mógł do 1870 roku użytkować postawioną na szczycie karczmę. Przy okazji zwrócono się do ówczesnego króla Saksonii – Fryderyka Augusta II Wettyna z prośbą o możliwość nazwania wieży jego imieniem i umieszczenia na niej herbu. Król się zgodził, a nawet miał pojawić się na oficjalnym otwarciu. Tyle że nie dożył tego dnia – zginął w wypadku w Tyrolu.
I tak oto mamy sytuację, w której wieżę sfinansował piekarz, a nazwano ją na cześć króla 😉
Z bliska konstrukcja robi ogromne wrażenie. To nie jest jakaś tam kolejna wieża widokowa, tylko prawdziwe cudo z żeliwnej koronki – pełne detali, zdobień i wzorów. Wieża ma 28 metrów wysokości i trzy tarasy widokowe, ale oczywiście najlepiej jest na samej górze 😉. Panorama jest naprawdę szeroka, pięknie widać Górne Łużyce oraz Góry Żytawskie.
Powrót do Löbau
Dalej schodzimy w stronę niewielkich formacji skalnych zwanych Geldkeller. To dość niepozorne skałki ukryte w lesie. Podobno znajduje się tu piwnica z pieniędzmi, do której można się dostać tylko w noc świętojańską. Wtedy otwiera się brama w skale, odsłaniając złoto i drogocenne kamienie. Wszystko wydaje się bardzo kuszące, ale skała może zamknąć się ponownie, zanim taki poszukiwacz zdąży nacieszyć się bogactwem. Szybko okazuje się, że prawdziwego szczęścia nie da się znaleźć w złocie, a to, co najcenniejsze, często jest dużo bliżej, niż się wydaje 😉.
Dalej wędrowaliśmy aż do gościńca/ gospody Berggasthof Honigbrunnen. Ceny, jak na Niemcy były całkiem przyzwoite, więc spokojnie można by tu wpaść choćby na zupę 😉. Obok znajduje się też punkt widokowy z przyjemną panoramą na okolicę, więc przystanęliśmy tu jeszcze na chwilę.
Od Honigbrunnen do miejskich zabudowań jest już naprawdę niedaleko. Zanim jednak wróciliśmy do auta, zrobimy sobie jeszcze krótki spacer po samym Löbau. To bardzo urokliwe miasteczko – spokojne, zadbane i takie, w którym po prostu fajnie się chwilę poszwendać.
Cała trasa tej naszej wycieczki to nieco ponad 17 kilometrów. Było różnorodnie, momentami wymagająco, ale zdecydowanie polecamy wybrać się na jednodniowy wypad 😉
































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz