Ostatnio polubiliśmy się z Doliną Baryczy – tym razem wracamy tu na jesienną przechadzkę. Jesień w Dolinie Baryczy ma w sobie coś kojącego. Rozległe tafle wody, trzcinowiska w odcieniach złota i rdzy, odlatujące ptaki, cisza i spokój – wszystko to ma swój niepowtarzalny urok. Dolina Baryczy to nie jest miejsce na szybkie „zaliczanie atrakcji”. Tu się raczej patrzy, słucha i spokojnie wędruje.
Ścieżka przyrodnicza Stawy Krośnickie to jeden ze szlaków prowadzących przez największy w Europie kompleks stawów rybnych. Trasa jest łatwa i płaska, dobrze oznakowana, z tablicami edukacyjnymi, dzięki którym spacer staje się nie tylko przyjemny, ale i ciekawy. To propozycja zarówno na rodzinny spacer, jak i na spokojną wycieczkę we dwoje – bez przewyższeń, bez pośpiechu, za to z dużą szansą na spotkanie z ptakami, z których słynie Dolina Baryczy.
Mapa z trasą wycieczki
Start Krośnice
Naszą wycieczkę zaczęliśmy w Krośnicach. Auto zostawiliśmy na
parkingu tuż
przy Parku Krośnickim, w którym znajduje się jedna z najciekawszych atrakcji okolicy, czyli
Krośnicka Kolej Wąskotorowa. To historyczna kolejka parkowa, która kursuje w weekendy, sezonowo. Można przejechać się zabytkowym parowozem z lat 50. XX w. albo spalinówką. Atrakcja w sam raz dla nas, choć niestety w październiku kolejka już nie kursuje i musieliśmy obejść się smakiem.
Aktualny cennik i rozkład jazdy jest do podejrzenia tutaj (
klik)
Sam park też jest całkiem przyjemny - jest wiata grillowa, oczko wodne i spory plac zabaw.
Nie zatrzymywaliśmy się jednak w parku na dużej. Podreptaliśmy dalej, na wycieczkę w kierunku Stawów Krośnickich.
Domy z rudy darniowej
Na końcu ulicy Kolejowej w Krośnicach, przy drodze do Stawów Krośnickich, znajduje się kolejna ciekawostka na trasie naszej wycieczki – XIX-wieczny dom zbudowany z rudy darniowej. Dawniej była tu kuźnia, w której przetwarzano rudę, a ta część Krośnic nazywana była Kuźnicą lub Rudą Krośnicką. Ciemne bryły rudy darniowej tworzą na ścianach wyraźny, nieregularny wzór, który pięknie kontrastuje z cegłą i jesiennymi barwami wokół. Po prostu musieliśmy się tu zatrzymać na trochę dłużej i popodziwiać domek.


Ruda darniowa to naturalna ruda żelaza wytrącająca się na terenach podmokłych. W Dolinie Baryczy wydobywano ją już od wczesnej epoki żelaza, a w średniowieczu działały tu dymarki, czyli piece do wytopu żelaza. Z tego łatwo dostępnego surowca nie tylko wytapiano metal, ale także budowano domy – zwłaszcza w uboższych regionach, gdzie wykorzystywano to, co było pod ręką: rudę, kamienie polne, glinę czy trzcinę. Co ciekawe, miejsca po wydobyciu rudy z czasem zamieniono w stawy. W pewnym sensie więc dzisiejszy krajobraz Doliny Baryczy jest także efektem dawnych prac hutniczych.
Ścieżka Stawy Krośnickie
Zostawiliśmy za sobą historię rudy darniowej i ruszyliśmy w stronę Stawów Krośnickich. Cała ścieżka przyrodnicza ma 9 kilometrów długości i prowadzi głównie groblami przez rozległy kompleks stawów rybnych. Trasa jest płaska i dobrze oznakowana, dzięki czemu nadaje się zarówno na spacer pieszy, jak i spokojną przejażdżkę rowerową. Tego dnia na trasie mijaliśmy wyłącznie rowerzystów.
Jesień na szlaku zaprezentowała nam się po prostu przecudnie 😍. Krajobraz mienił się odcieniami brązów, złota, miedzi i przygaszonej zieleni. Czuć było chłodne powietrze, lekki wiatr marszczył taflę stawu, szeleściły trzcinowiska. Nad głową widać i słychać było przelatujące ptaki.



Pierwszy dłuższy przystanek zrobiliśmy przy stawie Chełm, gdzie znajduje się drewniana ambona obserwacyjna. Weszliśmy na górę i niestety – zimny, przenikliwy wiatr od razu dał o sobie znać. Wyciągnęliśmy więc termos z herbatą, żeby choć trochę się rozgrzać.
Z góry widać szeroką taflę wody i otaczające ją trzcinowiska. To dobre miejsce, by na chwilę się zatrzymać, rozejrzeć i spróbować wypatrzyć ptaki zamieszkujące staw. Można tu zobaczyć m.in. czaple, kormorany czy perkozy, choć jesień to już czas, gdy część gatunków szykuje się do odlotu.
Za stawem Chełm ruszyliśmy dalej leśną drogą – dawną groblą. Ten odcinek był zupełnie inny niż otwarta przestrzeń przy stawie. W lesie zrobiło się ciszej i przyjemniej, a wiatr przestał być tak dokuczliwy. Gdzieniegdzie pod nogami szeleściły suche liście, a zieleń powoli ustępowała złotym i rdzawym tonom.
Po około 500 metrach krajobraz znów się otworzył i dotarliśmy do kolejnego przystanku na trasie, z którego widać dwa stawy: Dużą Przystań po prawej i Wrzosowy po lewej. To dobre miejsce, by na chwilę przystanąć i – jeśli ma się ze sobą lornetkę – spróbować wypatrzyć ptaki na rozległej tafli wody.



Za punktem obserwacyjnym czekały na nas kolejne stawy: po prawej Mała Przystań i Mały Karol, a po lewej wciąż Wrzosowy. Było pięknie – jesień wciąż grała tu pierwsze skrzypce. Na jednym ze stawów leżał ogromny powalony pień. Wyglądał trochę jak jakiś dziwny stwór – gruby, omszały tułów i rozłożysta korona, ale Blaru jakoś nie bał się, że „to” ożyje 😉.
Na rozwidleniu dróg skręciliśmy na groblę prowadzącą między Małym Karolem a stawem Brzozowym i dalej w stronę Dużego Karola i stawu Lipsk. Po drodze znów trafiliśmy na ciekawe grzyby – tym razem na łuskwika złotawego. Rósł sobie na obumarłym drzewie i idealnie wkomponowywał się w cały ten jesienny klimacik.
Dalej szlak prowadził groblą wzdłuż stawów Lipsk i Graniczny. Rośnie tu kilka potężnych buków, po jednej stronie są stawy, a po drugiej rów opaskowy i w oddali rzeka Prądnia.
Szliśmy sobie tak, szliśmy, aż natrafiliśmy na brodzące w stawie żurawie. Staliśmy długo, prawie bez ruchu, obserwując je w milczeniu. A potem – jakby na znak – uniosły się do lotu i pofrunęły. Udało nam się pstryknąć kilka fotek 😊

Szlak zakręcił znów na rogu stawu Granicznego, który jeszcze przez chwilę towarzyszył nam po lewej stronie. Z każdym krokiem zbliżaliśmy się jednak do rozległej tafli Czarnego Lasu – największego stawu w całym kompleksie.
Przy stawie Czarny Las udało nam się sfotografować kolejne ptaki.
Za jakiś czas pojawiły się nowe oznaczenia – ścieżka przyrodnicza połączyła się ze szlakiem rowerowym, a chwilę później także z czerwonym szlakiem pieszym. Na grobli rosną potężne, dostojne dęby.
I tak, niespiesznie, dotarliśmy do ostatniego na naszej trasie stawu, czyli do Zofii (Zofiówki).
Gdy minęliśmy stawy, weszliśmy w bardziej podmokłe fragmenty lasu – w olsy i łęgi, gdzie podłoże miejscami było miękkie, a powietrze wilgotniejsze. Z czasem jednak las stawał się coraz suchszy, przechodząc w grądy i bory mieszane. Ścieżka prowadziła już bez niespodzianek, domykając pętlę przy domku z rudy darniowej.
Do parkingu w Krośnicach mieliśmy jeszcze kawałeczek. Z wycieczki wróciliśmy z głowami pełnymi jesiennych kolorów i z poczuciem, że to był naprawdę dobrze spędzony dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz