Rzym był jednym z miejsc, na które Wika czekała najbardziej podczas naszej włoskiej objazdówki. Marzyła o zobaczeniu Koloseum i spacerze ulicami Wiecznego Miasta. Zresztą ja również nie mogłam doczekać się chwili, gdy w końcu zobaczę Rzym na własne oczy.
Muszę jednak przyznać, że długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tej naszej wycieczce. Dlaczego? Bo nie bardzo jest o czym. Dzień spędzony w stolicy Włoch pozostawił w nas przede wszystkim niedosyt, zmęczenie i frustrację. To miasto nas nie zachwyciło, ale uczciwie musimy przyznać, że tak naprawdę nie miało na to większych szans. To właśnie tutaj najmocniej odczułyśmy minusy zwiedzania z biurem podróży, w formie szybkiej objazdówki. Choć zobaczyłyśmy najbardziej znane atrakcje miasta: Koloseum, Fontannę di Trevi, Schody Hiszpańskie, Panteon czy Forum Romanum, to niestety trudno nam było poczuć atmosferę Rzymu i choć trochę nacieszyć się tymi miejscami. My po prostu przemieszczaliśmy się, jak stado pędzonych baranów, od punktu A do punktu B i pilnowaliśmy narzuconego tempa 😉.
Zwykle na blogu dzielę się pozytywnymi wrażeniami z miejsc, które odwiedziliśmy. Jednak, ponieważ podchodzę do swoich własnych wspomnień po prostu uczciwie i szczerze piszę także o tym, co mi się nie podoba, to ostatecznie postanowiłam opisać również dzień w Rzymie. W końcu wspomnienia składają się nie tylko z zachwytów, ale także z rozczarowań. A może przy okazji ten wpis będzie dla kogoś małą podpowiedzią, jakiej formy zwiedzania lepiej unikać?
Takie logistyczne rozkminki, czyli dlaczego wyszło, jak wyszło
Planując naszą wycieczkę do Włoch, zaczęłam od tego, co lubię najbardziej, czyli od planowania 😏. Serio, sprawia mi to sporo frajdy: cała ta logistyka, w której mimo wszystko zostawiam sobie sporo miejsca na spontaniczność.
O tych moich planach zaczęłam wspominać w pracy. Wtedy pojawiła się koleżanka, która kilka miesięcy wcześniej wróciła z włoskiej objazdówki z biurem podróży i była absolutnie zachwycona. To taka osoba z gatunku: „wszystko wie najlepiej”, zawsze ma swoje zdanie na każdy temat, zawsze musi coś doradzić, ale nie zawsze to, co mówi, ma sens 😉. Zwykle takie złote rady puszczam mimo uszu, ale tym razem gdzieś z tyłu głowy pojawiło się zawahanie i niepewność. Wybierałyśmy się z Wiką na babski wypad, bez Blara, który jednak jest mistrzem planowania wyjazdów wszelakich. I wtedy pomyślałam: a może faktycznie odpuścić? Może spróbować, jak to jest, kiedy wszystko jest podane na tacy? Bez martwienia się o przeloty, hotele, przejazdy, o to, czy się odnajdziemy, czy coś nas zaskoczy, czy będziemy miały co jeść i jak wrócić. Luz, relaks i wszystko ogarnięte.
Tyle że… ja tak naprawdę lubię mieć nad tym kontrolę. Nawet jeśli czasem oznacza to kontrolowany chaos i lekkie kombinowanie 😉. A jednak dałam się zagadać i w którymś momencie zaczęłam wątpić i w siebie, i w Wikę. Nie do końca wiem dlaczego, bo przecież wycieczka do Włoch to nie jest wyprawa na drugi koniec świata.
Rezerwacja noclegu przez Booking nie wymaga żadnej szczególnej filozofii. Znalezienie lotu też nie. Wystarczy wsiąść w samolot w Polsce i wysiąść w Rzymie 😉. A dojazd z lotniska? Czasem można go ogarnąć już przy rezerwacji noclegu, ale są autobusy, pociągi, w zależności od lotniska, na którym się ląduje — wszystko jest, wystarczy sprawdzić. W samym Rzymie sprawnie działa komunikacja miejska i naprawdę nie trzeba mieć doktoratu, żeby kupić sobie bilety, sprawdzić przystanki, metro, tramwaje.
Logistyka nie jest więc problemem w zwiedzaniu Rzymu, problemem jest czas. To nie jest miasto do „odhaczenia” w kilka godzin między kolejnymi punktami programu i suchą opowieścią przewodnika. Tu trzeba zarezerwować sobie minimum kilka dni, żeby móc coś zobaczyć, trochę zwolnić, usiąść w jakiejś fajnej knajpce, zagubić się w uliczkach miasta.
Koloseum
Nasz rzymski maraton rozpoczął się przy Koloseum. I niestety słowa „przy” oraz „przed” są tutaj kluczowe. Stałyśmy przed wejściem, słuchając około 15-minutowej opowieści przewodniczki, a potem ruszyłyśmy dalej. Nie ukrywam, że właśnie tutaj po raz pierwszy poczułam prawdziwe rozczarowanie. W programie objazdówki było napisane, że zobaczymy Koloseum. I faktycznie – zobaczyłyśmy. Tyle że czytając ten program, nawet przez myśl nam nie przeszło, że „zobaczyć” nie oznacza „zwiedzić”. Szczerze? Nigdy bym nie wpadła na to, że to może wyglądać właśnie w taki sposób. Stałyśmy dosłownie kilka metrów od wejścia i wydawało nam się to oczywiste, że za chwilę wejdziemy na arenę. Tymczasem my po prostu odwróciłyśmy się i poszłyśmy dalej za grupą. Tym bardziej szkoda, bo Koloseum było jednym z miejsc, które Wika chciała zobaczyć najbardziej. To przecież nie tylko symbol Rzymu, ale także jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabytków świata.
To wszystko nie zmienia jednak faktu, że budowla ta, nawet oglądana z zewnątrz, imponuje swoim rozmachem. Koloseum, nazywane również Amfiteatrem Flawiuszów, zaczęto budować za panowania cesarza Wespazjana około 72 roku n.e. Powstało w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się sztuczny staw należący do ogromnego pałacowego kompleksu Nerona. Amfiteatr mógł pomieścić około 50 tysięcy widzów, a dzięki aż 80 (!) bramom wejściowym te tłumy mogły bez większego problemu dostać się do środka. Co ciekawe, miejsca na widowni przydzielano zgodnie z pozycją społeczną. Najbliżej areny zasiadali najważniejsi obywatele i dostojnicy, a najwyższe rzędy przeznaczone były dla zwykłych mieszkańców. To właśnie w Koloseum odbywały się słynne walki gladiatorów, polowania na dzikie zwierzęta oraz inne widowiska mające dostarczać rozrywki. Pod areną znajdował się rozbudowany system podziemi z pomieszczeniami dla gladiatorów, z klatkami dla zwierząt i skomplikowanym mechanizmem wind oraz platform. Jak na budowlę sprzed niemal dwóch tysięcy lat było to prawdziwe inżynieryjne arcydzieło. Choć dziś ta budowla nie wygląda już tak jak w czasach swojej świetności, nadal pozostaje jednym z najlepiej zachowanych zabytków starożytnego świata. Koloseum przetrwało pożary, trzęsienia ziemi i setki lat burzliwej historii. Paradoksalnie sporo szkód wyrządzili mu sami ludzie, bo przez wieki traktowano je jako źródło materiałów budowlanych.
Aby móc zwiedzić Koloseum, warto pomyśleć o biletach odpowiednio wcześniej. Najlepiej kupić wejściówki online na oficjalnej stronie (klik) i zarezerwować konkretny termin. Do wyboru jest kilka wariantów biletów. Są też opcje, które pozwalają na jednym bilecie zwiedzić inne ważne zabytki starożytnego Rzymu, jak chociażby pobliskie Forum Romanum i Palatyn.
Forum Romanum i Palatyn
Po drodze rzuciłyśmy jeszcze okiem na Łuk Konstantyna Wielkiego i pognałyśmy dalej w kierunku kolejnych atrakcji.
Palatyn i Forum Romanum to miejsca, które śmiało można określić jako ogromne, otwarte muzeum starożytnego Rzymu. To zdecydowanie nie są atrakcje obok, których można po prostu przejść, a w naszym przypadku niestety znów tak to wyglądało. Żeby móc zobaczyć te miejsca, a nie tylko rzucić na nie okiem zza ogrodzenia, należałoby kupić bilet i tak jak wspomniałam wyżej, można to połączyć z wizytą w Koloseum w ramach jednego biletu. Na spokojne zwiedzanie warto zarezerwować sobie przynajmniej kilka godzin.
Palatyn uznawany jest za kolebkę Rzymu. Według legendy to właśnie tutaj Romulus w 753 roku p.n.e. założył miasto, które z czasem stało się centrum potężnego imperium. W czasach republiki wzgórze upodobali sobie najbogatsi mieszkańcy. Swoje domy mieli tu m.in. Krassus, Marek Antoniusz i Cyceron. W okresie cesarstwa Palatyn stał się natomiast dzielnicą cesarskich rezydencji. Powstawały tu okazałe pałace, świątynie i ogrody. To właśnie od nazwy wzgórza Palatyn wywodzi się słowo „pałac”.
U stóp Palatynu rozciąga się Forum Romanum, czyli miejsce, w którym koncentrowało się życie starożytnego Rzymu. Odbywały się tu targi, uroczystości, przemówienia, obrady polityczne i najważniejsze wydarzenia publiczne. Można by powiedzieć, że było to starożytne centrum administracyjne, religijne i towarzyskie w jednym.
Po upadku Cesarstwa Forum Romanum stopniowo traciło znaczenie, aż w końcu popadało w ruinę. Przez kolejne stulecia wiele znajdujących się tutaj budowli było po prostu rozbieranych, a pozyskane w ten sposób kamienie i marmury wykorzystywano do wznoszenia nowych obiektów. Część materiałów trafiła nawet do Bazyliki św. Piotra. Dopiero prace archeologiczne prowadzone od XIX wieku pozwoliły odkryć i zabezpieczyć to, co przetrwało do naszych czasów.
Pędzimy dalej przez Rzym
Po rzuceniu okiem na Forum Romanum ruszyłyśmy dalej. Był upał, tempo ani myślało zwalniać, a przewodniczka konsekwentnie poganiała grupę od jednego punktu do kolejnego. Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze przy różnych zabytkach, kościołach i placach, ale szczerze mówiąc, dziś nie potrafimy powiedzieć, co dokładnie wtedy oglądałyśmy.
I to chyba najlepiej pokazuje problem takiego zwiedzania.
Nie chodzi o to, że te miejsca były nieciekawe. Wręcz przeciwnie. Po prostu wszystko działo się za szybko. Zamiast cieszyć się chwilą, skupiałyśmy się głównie na tym, żeby nie zgubić grupy i nadążyć za narzuconym tempem. W pewnym momencie przestałam nawet słuchać opowieści przewodniczki. Wiedziałam tylko, że nasze stado zmierza w kierunku jednej z najsłynniejszych atrakcji Rzymu. I tak w końcu zostałyśmy dopędzone do Fontanny di Trevi.
Fontanna di Trevi
O ile Wika miała łzy w oczach przy Koloseum, to mój poziom frustracji osiągnął maksimum właśnie przy Fontannie di Trevi. A przecież to jedno z tych miejsc, które powinno zachwycać. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych fontann świata, tłumy turystów marzące o zdjęciu i ta słynna legenda mówiąca, że wrzucenie monety do wody zapewni powrót do Rzymu.
Tymczasem nasze spotkanie z Fontanną wyglądało mniej więcej tak:
„tu jest Fontanna di Trevi, możecie zrobić zdjęcie, ale jak widzicie, kolejka jest spora, tu obok są lody, innych nie szukajcie, bo nie ma czasu, a za pół godziny widzimy się na zbiórce”.
I tyle.
Szczerze? W tamtym momencie miałam gdzieś zdjęcia. Coś pstrykłyśmy na szybko, bardziej z obowiązku niż z potrzeby. Potem pobiegłyśmy po lody. Kolejka była gigantyczna. W jednej ręce miałam lody, w drugiej kawę, w trzeciej telefon, w czwartej słuchawki od audio przewodnika, a w zębach okulary przeciwsłoneczne 😉. Lody zaczynały się topić, nie było gdzie usiąść, z nieba lał się żar, a ja czułam narastającą złość, ba wręcz wściekłość.
Nigdy wcześniej podczas żadnej podróży nie towarzyszyły mi takie emocje. Zamiast zachwytu czułam frustrację. Zamiast cieszyć się chwilą, stresowałam się czy zdążę wypić kawę do końca zbiórki. Zamiast odkrywać Rzym, miałam wrażenie, że jestem częścią stada ubezwłasnowolnionych owiec, które trzeba sprawnie przepędzić z miejsca na miejsce.
No i co ja mam tu o tej niezwykłej fontannie napisać… poza tym, że ją „zaliczyłyśmy”? 😉
Schody Hiszpańskie
Kolejne na liście naszych atrakcji były słynne Schody Hiszpańskie. Powstały w latach 1723–1725 i łączą Plac Hiszpański (Piazza di Spagna) z kościołem Trinità dei Montina wzgórzu Pincio.Współcześnie jest to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Rzymie. Okolica słynie z eleganckich butików i luksusowych sklepów. Co jakiś czas odbywają się tu pokazy mody, podczas których schody zamieniają się w niezwykle efektowny wybieg.Na dole znajduje się Fontana della Barcaccia, czyli fontanna w kształcie łodzi. Jej forma nawiązuje do historycznej powodzi Tybru, a autorstwo przypisuje się Gian Lorenzo Berniniemu i jego ojcu Pietro. Woda w fontannie pochodzi z tego samego antycznego akweduktu, który zasila także Fontannę di Trevi.
W czasie gdy przewodniczka opowiadała nam kolejne historie do słuchawki, skoczyłyśmy z Wiką na schody zrobić mini sesję.
A to juz widoczek z góry:
Panteon
Kolejnym punktem na naszej trasie był Panteon. Na tym etapie zwiedzania miasta nie byłyśmy już zdziwione, że i ten zabytek oglądałyśmy wyłącznie z zewnątrz 😉. Panteon powstał prawie dwa tysiące lat temu jako świątynia poświęcona rzymskim bogom, a później został przekształcony w kościół, dzięki czemu przetrwał do naszych czasów w tak dobrym stanie. Najbardziej niezwykłym elementem Panteonu jest ogromna kopuła z okrągłym otworem pośrodku, zwanym oculusem. Przez ten otwór do wnętrza wpada światło, a podczas deszczu również woda.
Aby zwiedzić Panteon od środka, trzeba kupić bilet wstępu. Najwygodniej zrobić to wcześniej online (tutaj -klik), ale dostępne są też kasy i automaty przy wejściu.
Panteon znajduje się przy Piazza della Rotonda, czyli jednym z najbardziej klimatycznych placów w tej części Rzymu. Znajduje się tu XVI-wieczna fontanna, jest mnóstwo kawiarni i restauracje, w których można usiąść, napić się kawy i przez chwilę poobserwować życie miasta. I właśnie tutaj dostałyśmy od grupy całe pół godziny wolnego. Oj, nie marnowałyśmy czasu 😉. Ruszyłyśmy w zupełnie przeciwnym kierunku, niż zarekomendowała przewodniczka i niż podążyła większość grupy. Skręciłyśmy w stronę Piazza Capranica i znalazłyśmy restaurację z wolnym stolikiem. Jaką? Nie mamy pojęcia, ale włoską 😉. Nie pamiętamy nazwy.Przy składaniu zamówienia od razu zaznaczyłyśmy, że zależy nam na czymś, co dostaniemy szybko. Wika wybrała makaron, ja sałatkę. Po kilku godzinach marszu w upale i tak smakowałoby nam chyba wszystko, ale trzeba przyznać, że jedzenie było naprawdę pyszne. W końcu siedziałyśmy przy stoliku, jadłyśmy obiad i przez chwilę po prostu byłyśmy w Rzymie.
Most i Zamek Świętego Anioła
Dalej zmierzaliśmy w kierunku Watykanu. Po drodze minęłyśmy kolejną charakterystyczną budowlę, czyli Zamek Świętego Anioła. Do zamku prowadzi most przerzucony nad rzeką Tyber (Tevere), ozdobiony dziesięcioma rzeźbami aniołów. Część z nich została zaprojektowana przez słynnego rzeźbiarza i architekta baroku, Gian Lorenzo Bernini.Podsumowanie
A Rzym? Rzym zdecydowanie zasługuje na drugą szansę.
Złożyłyśmy sobie z Wiką nasze małe pinkie promise. Obiecałyśmy sobie, że kiedyś tu wrócimy. Nie na kilka godzin. Nie po to, żeby coś odhaczyć. Wrócimy po to, żeby nacieszyć się tym miastem. Żeby znaleźć czas na Koloseum, czas na spacer bez konkretnego celu, czas na dobrą kawę i czas na miejsca, które tym razem oglądałyśmy tylko przelotem.
Jednak to już historia na zupełnie inną podróż.
A przed nami jeszcze Watykan 😉, ale to już osobny wpis.











.jpg)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz